piątek, 19 lipca 2013

Się kręci, czyli Final Six pełną gębą

Była już noc w muzeum, noc z Renatą...
Teraz czas na noc z Final Six!!!

3...2...1... START!!!

17 lipca rozpoczęły się rozgrywki Final Six Ligi Światowej, czyli sześciu teoretycznie najlepszych drużyn świata.
Do tych prestiżowych rozgrywek zakwalifikowały się reprezentacje Rosji, Brazylii, Włoch, Bułgarii, Kanady i Argentyny.
I tu właśnie rodzi się myśl: czy faktycznie Kanada i Argentyna zaliczają się do sześciu najlepszych drużyn globu?
Cóż, racjonalnie myśląc nie, wystarczy spojrzeć na ranking, na ich miejscu w Lidze Światowej powinny znaleźć się reprezentacje Polski i USA.

Dlaczego tak właściwie do Final Six nie zakwalifikowały się drużyny, które w poprzednim roku walczyły w ścisłym finale?
Układ tabel nie był dla nas i dla USA zbyt korzystny. Nasza grupa była najmocniejsza, a gra pozostawiała wiele do życzenia.
A inne grupy?
Pal sześć grupę B, grupa C to było totalne nieporozumienie. Wystarczy tylko spojrzeć na drużynę najlepszą z tej grupy, czyli Kanadę.
Czy Kanada jest w światowej czołówce?! Nie! -  myślałam w trakcie trwania fazy grupowej.
Po raz kolejny jednak sport dał mi pstryczka w nos i pokazał, że nie istnieje coś takiego jak odgórna porażka.

Ale po kolei.

Rozgrywki Final Six zaczęły się od mocnego uderzenia - powtórki z finału IO - Rosja-Brazylia.
Po ciężkiej wojnie psychologiczno-siatkarskiej zwyciężyła reprezentacja Rosji, w końcu Rosja zawsze musi być górą, choć... dobra, lećmy dalej.

Następnie przyszedł czas na mecz Argentyny z Bułgarią.
Wszyscy Polacy liczyli na gospodarza tych rozgrywek, jednak to nasz ukochany przeciwnik wyszedł zwycięsko z tego spotkania.
Cholera, nie ułożyła się ta noc po mojej myśli, najpierw Rosja, teraz to...

Final Six - noc druga.
Nadchodzi czas meczu Rosji z Kanadą.
Po wczorajszym pojedynku jestem pewna, że Rosja wygra, jeszcze z tak słabą Kanadą... - myślałam.
I proszę, mam za swoje! Kanada pokazała wszystkim, że można ograć Rosję! Nie wiadomo czy to wystarczy, aby dojść do półfinału, ale sensację mamy!

Drugi mecz - Włochy-Bułgaria. Tutaj już nie mam na tyle odwagi, aby wskazać zwycięzcę, choć rzecz jasna jako rodowita Polka kibicuję Włochom.
I co?! I mamy to! Włochy-Bułgaria 3:1!

Dziś czeka nas trzecia noc Final Six, przed nami mecze Brazylii z Kanadą i Włoch z Argentyną.
Czy znów będą niespodzianki? Okaże się już dziś nad ranem.
Jak na razie ciekawe to Final Six, szkoda tylko, że nie ma w nim Polaków...
Choć przepraszam, jest przecież Grzesiek Kułaga i polski system challenge! :))

1 komentarz:

  1. A mnie od początku podział na te 3 grupy się podobał. Daje to wreszcie szansę tym słabszym drużynom, bo do tej pory jeździły tylko po świecie i zbierały manto od tych mocnych. To ma motywować do pracy? Nie sądzę. Może w krajach takich jak Portoryko, Finlandia, Holandia czy Kanada więcej osób przychodziłoby na mecze z mocnymi rywalami (żeby to tych najlepszych pooglądać w akcji), ale chyba zwycięstwa "swoich" lepiej budują więź kibice-drużyna, ludzie zaczynają się identyfikować z reprezentacją, bo mają z czego się cieszyć.
    Właśnie taka Kanada czy Holandia ma teraz szansę powalczyć z równymi sobie, mecze są długie i zacięte, co podnosi poziom jednych i drugich. Jasne, że z gry przeciwko najlepszym można się wiele nauczyć, kiedy potężny przeciwnik obnaży wszelkie słabości - ale nie wtedy, kiedy każdy taki mecz kończy się laniem 3:0, a ci słabsi ledwo uciułają kilkanaście punktów na set. Normalnie nigdy do finału by nie awansowali, a tak jest to możliwe. Gdyby nie porażka Brazylii z Rosją, Kanada byłaby w półfinale! Takie coś to dla drużyny na pewno spory krok do przodu.
    Ci mocniejsi też zyskują, bo nie muszą jeździć nie wiadomo gdzie, tylko po to by "odbębnić" mecz, który po prostu musi się odbyć. W każdym spotkaniu jest walka, ale to z kolei nie pozwala na eksperymentowanie składem, odpuszczaniem niektórych zawodników, ale może to i lepiej - LŚ to dla niektórych krajów jedyna okazja, żeby zobaczyć w akcji najlepsze drużyny na świecie i zasługują oni na dobre widowisko, a nie na sparingowe eksperymenty.

    Tym razem niespodzianki nie było ;)

    OdpowiedzUsuń